top of page
Szukaj

Czy jestem przegrany?

Zaktualizowano: 2 dni temu



Są takie momenty, kiedy jedno niepowodzenie zaczyna opowiadać historię całego naszego życia.

Nie dostałem pracy, na której mi zależało. Rozpadł się związek. Firma nie wypaliła. Nie udało mi się skończyć studiów. Ktoś awansował, a ja zostałem w miejscu. Kolejny raz nie dotrzymałem własnego postanowienia. Patrzę na innych i wydaje mi się, że są dalej, mają więcej, potrafią lepiej.

I wtedy bardzo łatwo przejść od zdania:


„Nie udało mi się”

do zupełnie innego:

„Jestem przegrany.”


Ta różnica jest ogromna. Pierwsze zdanie opisuje wydarzenie. Drugie próbuje opisać człowieka.


Wewnętrzna księgowość


Wielu z nas prowadzi mniej lub bardziej świadomie coś w rodzaju wewnętrznej księgowości poczucia własnej wartości. Po jednej stronie zapisujemy sukcesy: wykształcenie, pieniądze, pozycję zawodową, udany związek, dzieci, mieszkanie, osiągnięcia. Po drugiej: porażki, straty, błędy, rozwody, utracone szanse, choroby, rzeczy, których się wstydzimy.


A potem próbujemy zrobić bilans. Jeśli sukcesów jest wystarczająco dużo — jestem kimś. Jeśli przegranych zaczyna być więcej — moja wartość spada.

Taki sposób myślenia jest bardzo naturalny. Żyjemy przecież w świecie, który bezustannie coś mierzy: wyniki, oceny, zarobki, liczbę klientów, obserwujących, osiągnięcia dzieci. Nic dziwnego, że ten sposób patrzenia przenosimy również na siebie.

Problem polega na tym, że człowiek bardzo źle mieści się w tabeli wyników.


Sukces nie jest moim imieniem


Oczywiście sukces ma znaczenie. Można być z niego dumnym. Dobrze jest zobaczyć efekt własnej pracy, skończyć trudny projekt, zdać egzamin, uratować relację, osiągnąć coś, na czym nam zależało. Nie trzeba udawać, że sukces jest nieważny.

Ale sukces jest czymś, co mi się wydarza i w czym uczestniczę. Nie jest moją tożsamością.


To samo dotyczy porażki.

Mogę ponieść porażkę, ale to nie znaczy, że jestem porażką. Mogę zrobić coś świetnie, ale to nie oznacza, że od tej chwili muszę być świetny we wszystkim.


Może warto powiedzieć to prościej:

Sukces nie jest moim imieniem. Porażka nie jest moim imieniem.

To zdanie daje dużo wolności. Bo jeśli moim imieniem staje się „świetny”, szybko zaczynam być więźniem własnego sukcesu. Muszę nadal być kompetentny, niezawodny, interesujący, skuteczny. Każda pomyłka staje się wtedy zagrożeniem.

Jeśli natomiast przyjmę za swoją tożsamość „przegranego”, każda kolejna trudność stanie się dowodem w procesie, który już wcześniej przeciwko sobie rozpocząłem:


„Wiedziałem.”

„Znowu.”

„Zawsze tak jest.”


Jedno wydarzenie zaczyna kolonizować całą biografię.


Kiedy emocja staje się werdyktem


Dzieje się to szczególnie łatwo wtedy, kiedy jesteśmy zmęczeni, smutni, zawstydzeni, lękowi albo rozczarowani. W kryzysie psychicznym czy okresie obniżonego nastroju perspektywa łatwo się zawęża.


Nie myślę już:

„dzisiaj czuję się słabo”.

Myślę:

„moje życie jest słabe”.


Nie:

„ten projekt się nie udał”.

Tylko:

„niczego nie potrafię doprowadzić do końca”.


Nie:

„ktoś mnie nie docenił”.

Tylko:

„jestem nieważny”.


Emocja zaczyna opowiadać historię całego życia.

Warto wtedy zatrzymać się przy prostym rozróżnieniu:

uczucie jest informacją, ale nie jest werdyktem.


Smutek może powiedzieć, że coś straciłem. Wstyd może wskazać miejsce szczególnej wrażliwości. Złość może pokazać, że została przekroczona ważna granica. Lęk może powiedzieć, że coś odbieram jako zagrożenie.

Ale żadna z tych emocji nie ma prawa definiować mojej wartości.


Nie jestem jedynym autorem swoich sukcesów. Ani porażek


Jest jeszcze jedna pułapka naszej wewnętrznej księgowości: przeceniamy własne autorstwo.

Oczywiście mamy wpływ na własne życie. Podejmujemy decyzje. Pracujemy albo nie pracujemy. Ryzykujemy. Zaniedbujemy. Uczymy się. Ale żaden sukces nie powstaje wyłącznie z naszych rąk.

Znaczenie ma miejsce urodzenia, zdrowie, rodzina, możliwości edukacyjne, pieniądze, temperament, czas historyczny, szczęście, przypadek, czyjaś pomoc.


Podobnie z porażką. Można ponosić odpowiedzialność za swoje błędy bez przekonania, że miało się pełną kontrolę nad całym wynikiem.


Dojrzalsze zdanie brzmi więc:

Mam udział w swoich sukcesach i porażkach, ale nie jestem wyłącznym autorem ani jednych, ani drugich.

To chroni zarówno przed pychą, jak i przed niszczącym samopotępieniem.


Co mówi o mnie więcej niż wynik?


Jeśli nie sukces i nie porażka, to co?


Być może więcej o człowieku mówi nie to, czy wygrał, ale to, co robi z wygraną i przegraną.

Z sukcesem również można sobie nie poradzić. Można uwierzyć, że skoro osiągnąłem więcej, jestem więcej wart. Można zacząć patrzeć na innych z góry, uzależnić się od podziwu, zbudować tożsamość człowieka, któremu zawsze się udaje.


Z porażką również można sobie nie poradzić. Można zamienić ją w upokorzenie, zacząć niszczyć siebie, wycofać się, uznać „nie udało mi się” za synonim „jestem bezwartościowy”.

Ale można też przeżyć jedno i drugie inaczej. Mogę cieszyć się sukcesem bez konieczności bycia lepszym od innych. Mogę smucić się porażką bez stawania się człowiekiem przegranym.


Mogę powiedzieć:

„To było dla mnie ważne i udało się.”

Albo:

„To było dla mnie ważne i nie udało się. Boli.”

A potem zadać kolejne pytanie:

„Co teraz zrobię?”

To pytanie przywraca sprawczość.


Poczucie własnej wartości a sposób traktowania siebie


Duża część naszego poczucia własnej wartości zależy od tego, jak widzą nas inni. Czy mnie słuchają? Czy mnie doceniają? Czy dostrzegają mój wysiłek? Czy jestem potrzebny? Czy ktoś okazuje mi wdzięczność?


Brak uznania naprawdę może boleć. Człowiek potrzebuje innych ludzi.

Ale bardziej stabilne poczucie siebie może zaczynać się wtedy, kiedy przesuwamy uwagę z pytania:


„Jak jestem traktowany?”

na pytanie:

„Jak ja traktuję?”


Jak traktuję innych, gdy odnoszę sukces? Jak traktuję siebie, kiedy przegrywam? Co robię ze swoją złością? Czy potrafię przyznać się do błędu? Czy nie używam przewagi do pomniejszania innych? Czy potrafię pozostać przy czymś ważnym, kiedy nikt nie bije brawa?

Nie chodzi o stworzenie kolejnego egzaminu z wartości. Nie muszę „idealnie” radzić sobie z porażką, żeby zasługiwać na szacunek.


Chodzi raczej o odzyskanie miejsca, w którym mam realny wpływ.

Nie kontroluję wszystkiego, co mi się wydarzy.

Mam natomiast wpływ na to, jak odpowiadam na to, co się wydarzyło.


A jeśli naprawdę niewiele mi się udało?


To trudniejsze pytanie.

Łatwo powiedzieć człowiekowi po jednym niepowodzeniu: „przypomnij sobie inne sukcesy”. Co jednak z kimś, kto mówi:

„Moje życie naprawdę było ciężkie. Choroba. Rozwód. Praca poniżej możliwości. Długi. Samotność. Nie mam wielkich osiągnięć.”


Pierwszą pokusą byłoby natychmiast znaleźć mu jakieś sukcesy. Czasem warto poszerzyć obraz. Bardzo często człowiek nie zauważa rzeczy, które rzeczywiście zrobił dobrze albo doprowadził do końca.


Ale jest tutaj głębsze pytanie:

Czy człowiek musi przedstawić odpowiednio długą listę osiągnięć, żeby zasługiwać na szacunek — także własny?

Jeśli odpowiemy „tak”, nadal pozostajemy w księgowości.

Można mieć życie trudne, nierówne, pełne strat i nadal nie być przegranym człowiekiem.


Ktoś, komu się przydarza


Być może zdrowsza tożsamość zaczyna się od prostego odkrycia:

jestem kimś, komu przydarzają się sukcesy i porażki.


Byłem przed tym sukcesem. Byłem przed tą porażką. I będę po niej.

Moja historia jest większa niż jej najlepszy rozdział i większa niż jej najgorsza strona.

Mogę spojrzeć na siebie nie jako na wynik, lecz jako na osobę będącą w drodze. Kogoś, kto wybiera. Kogoś, kto buduje relacje. Kogoś, kto czasami błądzi. Kogoś, kto może się uczyć. Kogoś, kto nie musi cały czas wygrywać, żeby mieć prawo zajmować swoje miejsce.

I być może właśnie tu kończy się księgowość.


Nie muszę codziennie sprawdzać, czy saldo mojego życia jest dodatnie.

Mogę zamiast tego zapytać:

Jak chcę przeżyć to, co właśnie mi się przydarzyło?

Bo być może o człowieku nie mówi najwięcej to, ile razy wygrał. Ani nawet to, ile razy przegrał.

Tylko to, jak pozostaje człowiekiem w jednym i drugim.


Czy jestem przegrany?


Odpowiedź brzmi:

Nie. Możesz być człowiekiem, który przegrał. To nie jest to samo.


Tak samo jak sukces nie czyni Cię „człowiekiem sukcesu” na zawsze.

Jedno i drugie jest częścią historii.

Nie jej tytułem.

Sukces nie jest Twoim imieniem. Porażka nie jest Twoim imieniem.


A jeśli jedno niepowodzenie zaczyna przesłaniać Ci cały obraz siebie, jeśli lęk, wstyd, niska samoocena albo obniżony nastrój sprawiają, że coraz trudniej oddzielić to, co Ci się wydarzyło, od tego, kim jesteś, psychoterapia może być miejscem, w którym da się tę perspektywę spokojnie odbudować.


Bo jesteś kimś więcej niż wynik.


I kimś więcej niż kryzys.


Pracownia Logos

 
 
 

Komentarze


bottom of page