Jak mnie widzisz? Poczucie własnej wartości a opinia innych.

Czasem nie chodzi już o drugiego człowieka. Chodzi o to, czy w jego oczach nadal jesteśmy kimś wartościowym.
Może wydarzyło się coś trudnego. Konflikt, rozstanie, niezręczna rozmowa, błąd w pracy. Może ktoś nas skrytykował, nie odpowiedział, źle odczytał nasze intencje albo zobaczył nas w chwili, z której sami nie jesteśmy dumni. A czasem nie wydarzyło się nic dramatycznego. Wystarczy chłodniejszy ton, brak zainteresowania, czyjeś milczenie albo poczucie, że nie zrobiliśmy na kimś takiego wrażenia, jakiego chcieliśmy.
I wtedy zaczyna pracować pytanie: „Co on o mnie teraz myśli?”
Możemy wracać do rozmowy, analizować każde zdanie, układać w głowie wyjaśnienia. Pojawia się potrzeba kolejnej wiadomości, jeszcze jednej rozmowy, dopowiedzenia siebie.
Czasem rzeczywiście chodzi o odpowiedzialność, przeproszenie albo naprawienie relacji. Ale czasem dzieje się coś innego: próbujemy naprawić siebie w cudzych oczach.
Kiedy cudze oczy stają się lustrem
Większość z nas chce być widziana sprawiedliwie. Boli, kiedy ktoś przypisuje nam intencje, których nie mieliśmy. Boli, kiedy jedna sytuacja zaczyna reprezentować całą naszą osobę. Jeszcze bardziej boli, gdy sami wiemy, że pokazaliśmy wtedy niezbyt dobrą część siebie.
Możemy mieć wtedy silną potrzebę powiedzenia: „To nie jestem cały ja”.
I przecież jest w tym prawda. Żaden człowiek nie mieści się w jednym konflikcie, jednym błędzie, jednym wieczorze czy jednej nieudanej relacji. Jesteśmy znacznie bardziej skomplikowani.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy uznajemy, że druga osoba musi zobaczyć tę całość, żebyśmy sami mogli odzyskać spokój.
Wtedy jej oczy zaczynają pełnić rolę lustra, od którego zależy nasze poczucie własnej wartości.
„Chciałbym tylko wyjaśnić”
Potrzeba naprawiania swojego obrazu potrafi przybrać bardzo elegancką formę. „Chciałbym tylko wyjaśnić.” „Chcę dobrze zakończyć.” „Nie chcę zostawić po sobie złego wrażenia.” „Chciałbym, żeby wiedziała, co naprawdę miałem na myśli.”
Czasem rzeczywiście warto przeprosić, sprostować nieporozumienie czy wziąć odpowiedzialność. Ale można zadać sobie jedno niewygodne pytanie: czy robię to dla dobra relacji i drugiego człowieka, czy głównie dlatego, że nie wytrzymuję obrazu siebie, który być może pozostał w jego głowie?
To nie zawsze jest łatwe do rozróżnienia. Szczególnie wtedy, gdy w tle pojawia się wstyd.
Kiedy czujemy się źle ocenieni, bardzo szybko mogą pojawić się myśli: „Pomyślała, że jestem egoistą”, „Uznał mnie za słabego”, „Pewnie uważa, że jestem niepoważna”. I nagle nie chodzi już nawet o konkretną relację. Chodzi o odzyskanie kontroli nad własną wartością.
Jeśli uda mi się zmienić czyjeś zdanie, poczuję się znowu trochę lepiej. Jeśli ktoś zobaczy moją wrażliwość, przestanę być w swoich oczach kimś powierzchownym. Jeśli zrozumie moje motywy, może odzyskam poczucie, że jestem dobrym człowiekiem.
Drugi człowiek zaczyna wtedy pełnić szczególną funkcję: ma potwierdzić wersję mnie, którą chcę utrzymać.
Nie każdy zobaczy całego ciebie
Jest jeszcze jedna trudna prawda. Większość ludzi zna nas tylko częściowo.
Ktoś zna nas jako świetnego specjalistę, ale nie wie, jak zachowujemy się w domu. Ktoś zna nas jako ciepłego rodzica, ale nie widział nas w najgorszym konflikcie. Ktoś spotkał nas w chwili słabości. Ktoś inny właśnie wtedy, gdy byliśmy w najlepszej formie.
Nie istnieje jeden człowiek, który przechowuje kompletny i obiektywny obraz nas. A jednak czasem zachowujemy się tak, jakby każda niepełna opinia wymagała korekty.
Nie wymaga.
To, że ktoś zobaczył tylko fragment ciebie, nie oznacza, że nie jesteś cały.
To może być jedno z ważniejszych doświadczeń dojrzałego poczucia własnej wartości.
Stabilne poczucie własnej wartości nie polega na przekonaniu: „wszyscy będą mnie dobrze rozumieć”. Raczej na zdolności powiedzenia: „Mogę przeżyć to, że ktoś mnie nie rozumie”. Możemy nawet pójść krok dalej: „Mogę przeżyć, że ktoś ma o mnie gorsze zdanie, niż chciałbym”.
Nie oznacza to obojętności na innych ani rezygnacji z odpowiedzialności. Jeżeli kogoś skrzywdziłem, mogę przeprosić. Jeżeli skłamałem, mogę sprostować. Jeżeli mam możliwość naprawienia szkody, warto ją rozważyć.
Ale odpowiedzialność nie jest tym samym co zarządzanie cudzym obrazem mnie.
To nie dotyczy tylko rozstań
Ten mechanizm nie pojawia się wyłącznie po zakończeniu relacji. Może uruchamiać się w pracy, w rodzinie, w przyjaźni, w mediach społecznościowych.
Czasem chcemy udowodnić, że jesteśmy kompetentni. Czasem że jesteśmy dobrzy, interesujący, atrakcyjni, silni albo dojrzali. Czasem chcemy odzyskać uznanie po krytyce. Czasem zależy nam, żeby ktoś, kto nas odrzucił, jednak zobaczył w nas coś wartościowego.
Za każdym razem pytanie jest podobne:
Czy potrafię pozostać sobą, jeśli ktoś nie zobaczy mnie tak, jak chciałbym być widziany?
Nie każde domknięcie wymaga kolejnej rozmowy
Szczególnie mocno widać ten mechanizm po zakończeniu relacji. Pojawia się myśl: „Jeszcze jedno spotkanie”, „Jeszcze jedna wiadomość”, „Chcę tylko zamknąć to dobrze”.
Bywa jednak, że kolejne „domknięcie” staje się po prostu następnym otwarciem. Znów pojawia się kontakt, emocje, nadzieja, pytanie: „co on teraz o mnie myśli?”.
Nie wszystko, co nie zostało wypowiedziane, musi zostać dopowiedziane.
Czasem naprawdę dojrzałym zakończeniem jest możliwość powiedzenia sobie: „Powiedziałem tyle, ile mogłem. Zrobiłem to, co należało do mnie. Reszta nie jest już moja”.
Warto wtedy zadać sobie jeszcze jedno pytanie: czy jestem ciekawy drugiego człowieka, czy przede wszystkim jego spojrzenia na mnie?
Kiedy bardzo chcę wrócić do jakiejś osoby, porozmawiać, coś wyjaśnić — czego właściwie szukam? Czy interesuje mnie jej życie, jej doświadczenie, jej dobro, jej potrzeby? Czy może przede wszystkim chcę wiedzieć, czy nadal mnie lubi, czy dobrze mnie wspomina, czy zobaczyła, że jestem wartościowy, czy nadal coś dla niej znaczę?
To bardzo subtelna granica.
Czasami nie szukamy drugiego człowieka. Szukamy siebie w jego oczach.
Poczucie własnej wartości potrzebuje innego fundamentu
Nie oznacza to oczywiście, że mamy stać się całkowicie niezależni od opinii innych. Jesteśmy istotami relacyjnymi. Potrzebujemy uznania, miłości, akceptacji i zainteresowania.
Problem zaczyna się wtedy, gdy cudze spojrzenie staje się podstawowym sposobem odpowiadania sobie na pytanie: „Czy jestem wystarczająco dobry?”.
Wtedy pochwała chwilowo nas podnosi, krytyka mocno obniża, a każda niedokończona relacja pozostawia jeszcze jedno zadanie: „muszę sprawić, żeby dobrze mnie zapamiętał”.
Może stabilniejsze poczucie własnej wartości zaczyna się w innym miejscu.
Nie muszę być właściwie odczytany przez każdego człowieka, żeby pozostać sobą.
Może ktoś rzeczywiście ma o mnie niesprawiedliwe zdanie. Może ktoś pamięta wyłącznie jeden błąd. Może ktoś mnie idealizuje. Może ktoś zupełnie o mnie nie myśli. Nie mam pełnej kontroli nad żadnym z tych obrazów.
Mam natomiast wpływ na to, co zrobię ze swoim następnym krokiem.
Nie muszę mieszkać w cudzych oczach
Nie muszę wracać i malować od nowa starego portretu. Mogę żyć dalej. Mogę zachować odpowiedzialność za to, co zrobiłem, bez konieczności wyjaśnienia siebie do ostatniego przecinka. Mogę pozwolić drugiemu człowiekowi zobaczyć tylko fragment.
Bo:
To, że ktoś zobaczył tylko część mnie, nie oznacza, że nie jestem cały.
I być może właśnie tam zaczyna się pewien rodzaj wolności.
Nie w obojętności na cudze oczy.
Ale w świadomości, że nie muszę w nich mieszkać.
Robert Czeszkiewicz
Pracownia Logos




Komentarze